Cukry, praca, cukry, szkoła, dom, cukry, praca, szkoła, cukry, ...
Dopadło mnie przesilenie. Ośrodek kontroli cukrów Zosi 24 godz/ dobę tak się rozpanoszył w mojej głowie, że zaczyna mi umykać wiele spraw, które zawsze ogarniałam - jako ta zawsze poukładana. Prowadzenie domu, wychowywanie dwóch córek, praca zawodowa i kontrola cukrzycy córki - to dużo. Muszę się gdzieś wypłakać i złapać dystans...
Oczywiście za żadne skarby nie zrezygnowałabym z którejś z tych dziedzin, chcę się realizować jako dobra mama, dobra mamo - trzustka, żona, nauczycielka oraz... gdzieś w tle - zwykła kura domowa :-). Niestety czas i siły nie mnożą się wraz z życiowymi wyzwaniami, trzeba wybierać jedno, kosztem drugiego... Najbardziej na tym cierpi krajobraz domowy... Sterty prasowania, rozrzucone ciuchy dzieci i męża, nie do końca posprzątane zabawki, okna w białe mazy... To jednak nie jest najgorsze. Wyznaję bowiem zasadę, że lepiej zagrać z dziećmi w Uno, niż sprzątać. Najgorsze jest to, że w pracy mam teraz tak zwany "gorący okres", który - jak to zwykle bywa w przypadku nauczyciela - w 50% odbywa się w domu. I wiem, jestem żywym dowodem na to, że da się pogodzić bycie mamą cukiereczka i pracę zawodową - ale u mnie wystąpił... chwilowy brak miejsca na dysku...
Cóż, wszyscy wiemy że najlepszym lekarstwem na tego typu dolegliwości jest zdrowy, niczym nie zakłócony sen - reset... A nam - słodkim rodzicom - tak bardzo tego brakuje!!!
W związku z powyższym - coraz więcej mi umyka. A to nie przykleję na śniadaniówkę naklejki z ilością kalorii dla Zosi, a to zapomnę zapłacić córce za kino, lub poślę ją z książkami w dzień sportu.... Albo - jeżdżąc zawsze w czwartki na 9:30 - nie przyjdzie mi do głowy, że jeżeli prowadzę konkurs o 9:00, to należy wyjechać wcześniej. Ale dzisiaj przeszłam sama siebie. Od tygodnia wiadomo, że klasa Zosi na ten dzień miała zaplanowane zdjęcia klasowe - i mają być elegancko ubrani. Oczywiście mi to umknęło, i posłałam moją słodziznę w... ulubionym podkoszulku w jajka sadzone! Od razu jak się zorientowałam - pognałam do szkoły z białą bluzeczką, niestety już po fakcie... Ale w drzwiach spotkałam moją uśmiechniętą "jajcarę", wybiegającą z eleganckimi koleżankami na przerwę. W pośpiechu rzuciła - nic się nie stało - i radośnie wybiegła na podwórko. Cóż, przez moje gapiostwo zawsze na tym zdjęciu będę widziała małą dzielną słodką Zosię "z jajami" i... zabieganą, ledwie łapiącą zakręt mamę w tle... W sumie... Może to nie tak źle?
Uczmy się od naszych słodkich pociech "z jajami" patrzenia na świat z lekkim przymrużeniem oka... W związku z powyższym - świeżego obiadu dziś - w mój wolny dzień nie będzie. Czas na drzemkę i odgrzewane kotlety...
poniedziałek, 9 kwietnia 2018
czwartek, 5 kwietnia 2018
Dzielne dziewczynki są... słodkie ;-)
Co oznacza być odważną dla 7 - 10 latki? Jeśli się nie boi zostać sama w domu? Jeśli się nie boi wejść do ciemnego pokoju? Jeśli bez płaczu wytrzyma szczepienie? JEDNO szczepienie? Ta perspektywa się zmieniła...
Zosia od diagnozy wytrzymała (około):
- 1500 ukłuć igieł z penem,
- 150 ukłuć podczas zakładania wkłucia od pompy,
- 60 ukłuć podczas aplikacji sensora do stałego monitoringu glikemii,
- 8000 ukłuć w paluszek w celu zmierzenia cukru z krwi.
W sumie około 9710 razy była kłuta w ciągu... 20 miesięcy. Ile razy płakała? Pierwsze 2 tygodnie... Czy przestała się bać i odczuwać dyskomfort? Nie. Przy aplikacji wkłucia lub sensora wtula się we mnie, kłując paluszek - wykrzywia buźkę w grymasie, ale jest dzielna, odważna i pogodzona ze swoim losem.
Dowód?
Wywiad z Zosią - chorą na cukrzycę typu I od sierpnia 2016 roku:
Ja: Co się zmieniło w Twoim życiu, od kiedy zachorowałaś?
Zosia: Nic. Jest tak samo jak przedtem. Tylko nie mogę jeść bez insuliny. Ale odkryłam pyszne cukierki bez cukru. Aha! - Przestałam się bać igieł.
Ja: A co Cię najbardziej wkurza w tej chorobie?
Zosia: Zakładanie sensora, wkłucia, mierzenie cukru z palca.
Ja: Ale jest to "do przeżycia"?
Zosia: Jak widzisz - żyję. (śmiech)
Ja: A jest Ci z tą cukrzycą dobrze czy źle?
Zosia: Dobrze. Jak wcześniej.
Ja: A jak wspominasz dzień diagnozy i pierwszy pobyt na oddziale diabetologii?
Zosia: Nie pamiętam... Pamiętam że jak pani doktor kazała jechać do szpitala, to się wystraszyłam. Ale w karetce było fajnie, leżałam sobie i jechałam na sygnale i wszyscy ze mną żartowali. Szkoda tylko, że ten chłopak płakał... (Zosia została zdiagnozowana razem z 16 - latkiem, z którym razem jechaliśmy karetką do szpitala). Pobyt w szpitalu - ujdzie. Fajnie było poznać nowe koleżanki i się z nimi bawić. Ale najgorsze było założenie kroplówki.
Ja: A czy coś zmieniło się od tamtej pory na lepsze?
Zosia: Że jem dużo dobrych cukierków bez cukru, których wcześniej nie jadłam. I od Mikołaja dostałam dużo takich cukierków.
Ja: Czyli teraz jadasz mniej zwykłych słodyczy?
Zosia: Trochę mniej. Ale czasem muszę zjeść coś słodkiego na mały cukier. Wcześniej nigdy nie mogłam pić w środku nocy słodkiej coli, ani jeść kromek z nutellą... (śmiech). I zawsze mam w domu największy zapas mamb.
Ja: A czy masz jakieś marzenia związane z sytuacją, w której się znalazłaś?
Zosia: Nie wiem...
Ja: Na przykład czy marzysz, żeby wynaleziono lek na cukrzycę?
Zosia: Nie wiem. Chyba nie. Fajnie by było, ale wszystko mi jedno.
Ja: A czy chciałabyś jeszcze coś dodać? Może chcesz coś przekazać dzieciom, które chorują od niedawna?
Zosia: Nie wiem. Chyba nic. Jest normalnie, dobrze. Teraz mam więcej koleżanek.
Taka jest moja Zosia.... Dzielna i słodka i... szczęśliwa "normalnie" ...
Zosia od diagnozy wytrzymała (około):
- 1500 ukłuć igieł z penem,
- 150 ukłuć podczas zakładania wkłucia od pompy,
- 60 ukłuć podczas aplikacji sensora do stałego monitoringu glikemii,
- 8000 ukłuć w paluszek w celu zmierzenia cukru z krwi.
W sumie około 9710 razy była kłuta w ciągu... 20 miesięcy. Ile razy płakała? Pierwsze 2 tygodnie... Czy przestała się bać i odczuwać dyskomfort? Nie. Przy aplikacji wkłucia lub sensora wtula się we mnie, kłując paluszek - wykrzywia buźkę w grymasie, ale jest dzielna, odważna i pogodzona ze swoim losem.
Dowód?
Wywiad z Zosią - chorą na cukrzycę typu I od sierpnia 2016 roku:
Ja: Co się zmieniło w Twoim życiu, od kiedy zachorowałaś?
Zosia: Nic. Jest tak samo jak przedtem. Tylko nie mogę jeść bez insuliny. Ale odkryłam pyszne cukierki bez cukru. Aha! - Przestałam się bać igieł.
Ja: A co Cię najbardziej wkurza w tej chorobie?
Zosia: Zakładanie sensora, wkłucia, mierzenie cukru z palca.
Ja: Ale jest to "do przeżycia"?
Zosia: Jak widzisz - żyję. (śmiech)
Ja: A jest Ci z tą cukrzycą dobrze czy źle?
Zosia: Dobrze. Jak wcześniej.
Ja: A jak wspominasz dzień diagnozy i pierwszy pobyt na oddziale diabetologii?
Zosia: Nie pamiętam... Pamiętam że jak pani doktor kazała jechać do szpitala, to się wystraszyłam. Ale w karetce było fajnie, leżałam sobie i jechałam na sygnale i wszyscy ze mną żartowali. Szkoda tylko, że ten chłopak płakał... (Zosia została zdiagnozowana razem z 16 - latkiem, z którym razem jechaliśmy karetką do szpitala). Pobyt w szpitalu - ujdzie. Fajnie było poznać nowe koleżanki i się z nimi bawić. Ale najgorsze było założenie kroplówki.
Ja: A czy coś zmieniło się od tamtej pory na lepsze?
Zosia: Że jem dużo dobrych cukierków bez cukru, których wcześniej nie jadłam. I od Mikołaja dostałam dużo takich cukierków.
Ja: Czyli teraz jadasz mniej zwykłych słodyczy?
Zosia: Trochę mniej. Ale czasem muszę zjeść coś słodkiego na mały cukier. Wcześniej nigdy nie mogłam pić w środku nocy słodkiej coli, ani jeść kromek z nutellą... (śmiech). I zawsze mam w domu największy zapas mamb.
Ja: A czy masz jakieś marzenia związane z sytuacją, w której się znalazłaś?
Zosia: Nie wiem...
Ja: Na przykład czy marzysz, żeby wynaleziono lek na cukrzycę?
Zosia: Nie wiem. Chyba nie. Fajnie by było, ale wszystko mi jedno.
Ja: A czy chciałabyś jeszcze coś dodać? Może chcesz coś przekazać dzieciom, które chorują od niedawna?
Zosia: Nie wiem. Chyba nic. Jest normalnie, dobrze. Teraz mam więcej koleżanek.
Taka jest moja Zosia.... Dzielna i słodka i... szczęśliwa "normalnie" ...
środa, 14 marca 2018
Dziękuję Ci, mój "słodki tato"
Diagnoza. Koniec świata. Zamieszanie... A Ty byłeś. Tak samo słaby, zagubiony, zawiedziony; lecz gotowy do walki dla Zosi, jak ja. Wziąłeś na siebie wszystko, w czym Twoje talenty mogły pomóc - czyli całą sekcję informatyczno - techniczną - i wszystko, co na początku za dużo mnie kosztowało - pierwsze zastrzyki, aplikowanie sensorów, wkłuć, pobudki nad ranem i w środku nocy... Dziękuję. Bez Ciebie nie dałabym rady!
Nie wszystkie słodkie mamy mają się tak dobrze, jak ja... Są przytłoczone nadmiarem cukrowych obowiązków, przemęczone pobudkami w nocy i całkiem same z cukrzycą dziecka... Bo to obowiązek mamy. Karmienie, usypianie, wstawanie w nocy, aplikowanie leków. BZDURA!
Dlatego - słodki tato nie mojej Cukierki - jeśli nigdy nie mierzyłeś cukru w nocy, jeśli nigdy nie założyłeś wkłucia, jeśli nigdy nie obliczyłeś posiłku, jeśli nie masz pojęcia ile mamb podać na cukier 60 z tendencją w dół - czas to zmienić! Twój słodziak potrzebuje właśnie Ciebie! Chce się przy Tobie czuć bezpiecznie. Chce, byś się zaangażował w jego życie. Chce mieć uśmiechniętą i wypoczętą mamę. Przynajmniej czasami ;-)
Miałam w tym tygodniu okazję mierzyć się ze wszystkim sama. Wyjechałeś. Ale i tak, 300 km od domu śpisz przy ustawionych alarmach i budzisz mnie w nocy. Czasami mi się wydaje, że już nie potrafimy zasnąć spokojnie bez laptopa z cukrowym wężykiem Zosi... A po nocy bez pobudki budzimy się skołowani, prawie "przespani"...
Jest coś - aż wstyd się przyznać po prawie dwóch latach - czego do tej pory nie robiłam. Zakładanie wkłucia. Bo zajęłam się posiłkami, pilnowaniem przeliczników. Bo mnie to stresowało. Ale skoro wyjechałeś na tydzień - szach i mat. Tobie zajmuje to 10 minut, a dla mnie była to długa i stresująca procedura. Jak dla Ciebie za pierwszym razem, kiedy ja z nerwów, złości i bezradności zalałam naszą beżową ścianę herbatą gdy krzyknąłeś, że mam nie przeszkadzać... (I tak powstało nasze "drzewo herbaciane" na ścianie w salonie, upamiętniające tamte wydarzenia :-) Gdy drżącymi rękami - przechodziłam całą wkłuciową procedurę po raz pierwszy - punkt po punkcie z mojej "ściągi" A 4 drobnym maczkiem - zrozumiałam Twoje nerwy z tamtego dnia.
Dziękuję Ci mój "słodki tato". Za to, że nie potraktowaliśmy tej zołzy ct1 jak porażki, nieszczęścia, końca świata; tylko jak wyzwanie. Że zamiast podejścia "o Boże moje dziecko będzie chore do końca życia" wspólnie wybraliśmy ścieżkę "co jeszcze możemy zrobić żeby Zosia była zdrowsza, weselsza, bardziej beztroska". Dziękuję Ci za to, że trwamy w tym razem. Od pierwszych igieł, kalorii, wkłuć, sensorów, hipo i hiper jazdy bez trzymanki - aż po dzisiejsze setne wkłucie.
Twoja "słodka mama"
Nie wszystkie słodkie mamy mają się tak dobrze, jak ja... Są przytłoczone nadmiarem cukrowych obowiązków, przemęczone pobudkami w nocy i całkiem same z cukrzycą dziecka... Bo to obowiązek mamy. Karmienie, usypianie, wstawanie w nocy, aplikowanie leków. BZDURA!
Dlatego - słodki tato nie mojej Cukierki - jeśli nigdy nie mierzyłeś cukru w nocy, jeśli nigdy nie założyłeś wkłucia, jeśli nigdy nie obliczyłeś posiłku, jeśli nie masz pojęcia ile mamb podać na cukier 60 z tendencją w dół - czas to zmienić! Twój słodziak potrzebuje właśnie Ciebie! Chce się przy Tobie czuć bezpiecznie. Chce, byś się zaangażował w jego życie. Chce mieć uśmiechniętą i wypoczętą mamę. Przynajmniej czasami ;-)
Miałam w tym tygodniu okazję mierzyć się ze wszystkim sama. Wyjechałeś. Ale i tak, 300 km od domu śpisz przy ustawionych alarmach i budzisz mnie w nocy. Czasami mi się wydaje, że już nie potrafimy zasnąć spokojnie bez laptopa z cukrowym wężykiem Zosi... A po nocy bez pobudki budzimy się skołowani, prawie "przespani"...
Jest coś - aż wstyd się przyznać po prawie dwóch latach - czego do tej pory nie robiłam. Zakładanie wkłucia. Bo zajęłam się posiłkami, pilnowaniem przeliczników. Bo mnie to stresowało. Ale skoro wyjechałeś na tydzień - szach i mat. Tobie zajmuje to 10 minut, a dla mnie była to długa i stresująca procedura. Jak dla Ciebie za pierwszym razem, kiedy ja z nerwów, złości i bezradności zalałam naszą beżową ścianę herbatą gdy krzyknąłeś, że mam nie przeszkadzać... (I tak powstało nasze "drzewo herbaciane" na ścianie w salonie, upamiętniające tamte wydarzenia :-) Gdy drżącymi rękami - przechodziłam całą wkłuciową procedurę po raz pierwszy - punkt po punkcie z mojej "ściągi" A 4 drobnym maczkiem - zrozumiałam Twoje nerwy z tamtego dnia.
Dziękuję Ci mój "słodki tato". Za to, że nie potraktowaliśmy tej zołzy ct1 jak porażki, nieszczęścia, końca świata; tylko jak wyzwanie. Że zamiast podejścia "o Boże moje dziecko będzie chore do końca życia" wspólnie wybraliśmy ścieżkę "co jeszcze możemy zrobić żeby Zosia była zdrowsza, weselsza, bardziej beztroska". Dziękuję Ci za to, że trwamy w tym razem. Od pierwszych igieł, kalorii, wkłuć, sensorów, hipo i hiper jazdy bez trzymanki - aż po dzisiejsze setne wkłucie.
Twoja "słodka mama"
piątek, 23 lutego 2018
Z cukrzycą jest jak z nastolatką. Jedno, co jest pewne po spokojnym tygodniu to... kolejny foch.
To jedyna prawidłowość, jaką udało mi się znaleźć zmagając się z tą zołzą od półtora roku. Mimo analitycznego umysłu, pilnowania "rachunków" i wyciągania wniosków z wykresów dobowych. Mija spokojny, wyrównany cukrowo tydzień i... niespodzianka! Spadki, wzrosty, piony w dół i w górę, zmiany, zmiany, zmiany... I nie ma znaczenia jakość posiłku, czekanie po bolusie bądź nie, wysiłek fizyczny bądź nie. Tak po prostu jest. Na szczęście - mając stały monitoring glikemii Zosi - jestem spokojna, mimo kolejnych fochów naszego "piątego koła u wozu" i cierpliwie dostosowuję się do nowych wymagań zołzy ct1.
Nauczyłam się, że dobrze dobrana baza nie powinna tylko "regulować" cukrów nocnych, ale również "zabezpieczać" góry po posiłkowe - tzn. trzymać je w zakresie 80-180 max oraz eliminować szybkie trendy pionowe. Że czasem - aby naprawić zbyt wysokie góry po posiłku - trzeba zmienić i bazę i przelicznik, oczywiście jeśli cukry nocne "potwierdzają" tę potrzebę.
Aktualnie mamy z Zosią "tydzień focha". Zapotrzebowanie na insulinę po dość długim, stabilnym okresie - zaczęło tak spadać, że pomimo zejścia do bazy 80% A - na tydzień schodził cały "wagon" mamby i 3-4 puszki słodkiej coli (na tabletki glukozowe biedna Zosia już nie może patrzeć...).
Wczoraj do południa - po dwóch posiłkach cukier powyżej 200 i kiepsko spada - myślę sobie: jak córa wróci baza z powrotem w górę, tymczasem... po powrocie - znów do wieczora mamba i cola w użyciu oraz zatrzymywanie bolusów. Ok. emocji szkolnych nie mogę brać pod uwagę.
Ostatnia noc: po kolacji - po "góreczce" na poziomie 80-90 spadek i zatrzymanie bolusa. Po godzinie - 21:00 - cukier 72. Cola. 22:00 - 75. Zmieniam bazy, dotychczasowe 80% bazy A (na którym jesteśmy od tygodnia) zmieniam na A, standard i B zmniejszam analogicznie. Ustawiam tymczasówkę 80% zmniejszonej bazy A. Po 2 godzinach - cukier 80, a mi zamykają się oczy... Ustawiam na 4 godziny 50% bazy A i idziemy spać. I co? Alarm nie dzwonił do rana. Cukier maksymalnie "musnął" poziom 120 i spadł do... 69 przed śniadaniem. Jeszcze jedna taka noc - i znów trzeba będzie na stałe zejść na 80% bazy A, a po tygodniu zmienić bazy na stałe. Zwłaszcza, że dziś góry po posiłkach są łagodne i w zakresie.
I tak w kółko. Foch za fochem. Zupełnie jakbym miała w domu trzy pyskate córki, nie dwie. Życie.
Ale nie nienawidzę tej zołzy. Nie kocham jej też oczywiście, ale im mniej emocji w jej kierunku - tym nasze życie jest spokojniejsze. Jest w końcu częścią życia mojej ukochanej Zosi, będzie jej towarzyszyła już zawsze. Jak moja córka miałaby być szczęśliwa wiedząc, że nienawidzę i nie mogę się pogodzić z częścią jej codzienności. Na szczęście Zosia potrafi już nawet z tej zołzy kpić. Taka sytuacja: Córka mnie przekonuje, że na balu karnawałowym chce być "kościotrupem". Bo cała klasa ubiera się "strasznie", bo koleżanki będą kościotrupami, czarownicami i zombi, itd... Ja na to, że to nie Halloween, że ma taki ładny strój tancerki... Na to Zosia: mamo proszę, jak będę kościotrupem nie będę miała chorej trzustki! - i śmiech. No i mnie przekonała. Mała słodka mądrala.
Nauczyłam się, że dobrze dobrana baza nie powinna tylko "regulować" cukrów nocnych, ale również "zabezpieczać" góry po posiłkowe - tzn. trzymać je w zakresie 80-180 max oraz eliminować szybkie trendy pionowe. Że czasem - aby naprawić zbyt wysokie góry po posiłku - trzeba zmienić i bazę i przelicznik, oczywiście jeśli cukry nocne "potwierdzają" tę potrzebę.
Aktualnie mamy z Zosią "tydzień focha". Zapotrzebowanie na insulinę po dość długim, stabilnym okresie - zaczęło tak spadać, że pomimo zejścia do bazy 80% A - na tydzień schodził cały "wagon" mamby i 3-4 puszki słodkiej coli (na tabletki glukozowe biedna Zosia już nie może patrzeć...).
Wczoraj do południa - po dwóch posiłkach cukier powyżej 200 i kiepsko spada - myślę sobie: jak córa wróci baza z powrotem w górę, tymczasem... po powrocie - znów do wieczora mamba i cola w użyciu oraz zatrzymywanie bolusów. Ok. emocji szkolnych nie mogę brać pod uwagę.
Ostatnia noc: po kolacji - po "góreczce" na poziomie 80-90 spadek i zatrzymanie bolusa. Po godzinie - 21:00 - cukier 72. Cola. 22:00 - 75. Zmieniam bazy, dotychczasowe 80% bazy A (na którym jesteśmy od tygodnia) zmieniam na A, standard i B zmniejszam analogicznie. Ustawiam tymczasówkę 80% zmniejszonej bazy A. Po 2 godzinach - cukier 80, a mi zamykają się oczy... Ustawiam na 4 godziny 50% bazy A i idziemy spać. I co? Alarm nie dzwonił do rana. Cukier maksymalnie "musnął" poziom 120 i spadł do... 69 przed śniadaniem. Jeszcze jedna taka noc - i znów trzeba będzie na stałe zejść na 80% bazy A, a po tygodniu zmienić bazy na stałe. Zwłaszcza, że dziś góry po posiłkach są łagodne i w zakresie.
I tak w kółko. Foch za fochem. Zupełnie jakbym miała w domu trzy pyskate córki, nie dwie. Życie.
Ale nie nienawidzę tej zołzy. Nie kocham jej też oczywiście, ale im mniej emocji w jej kierunku - tym nasze życie jest spokojniejsze. Jest w końcu częścią życia mojej ukochanej Zosi, będzie jej towarzyszyła już zawsze. Jak moja córka miałaby być szczęśliwa wiedząc, że nienawidzę i nie mogę się pogodzić z częścią jej codzienności. Na szczęście Zosia potrafi już nawet z tej zołzy kpić. Taka sytuacja: Córka mnie przekonuje, że na balu karnawałowym chce być "kościotrupem". Bo cała klasa ubiera się "strasznie", bo koleżanki będą kościotrupami, czarownicami i zombi, itd... Ja na to, że to nie Halloween, że ma taki ładny strój tancerki... Na to Zosia: mamo proszę, jak będę kościotrupem nie będę miała chorej trzustki! - i śmiech. No i mnie przekonała. Mała słodka mądrala.
czwartek, 1 lutego 2018
Jak pokonały mnie... naleśniki z nutellą...
Dzieci mają ferie. Ja odpoczywam dopiero po nich - uroki pracy w szkole w innym województwie - jednak są plusy. Zbliżają się pierwsze od diagnozy dwa tygodnie tylko dla mnie. Ale póki co... Mąż wziął kilka dni wolnego, a kilka dni - dzięki opanowaniu przez Zosię podawania sobie bolusów prostych - dzieci spędzą u babci.
A jak wygląda obiad u babci? Wiadomo. Składa się z ulubionych przysmaków ukochanych wnuczek. Padło na... naleśniki z nutellą. Ok, pomyślałam. Nastawię się na 4 korekty, jakoś to będzie. Niestety, zołza ct1 wystawiła pazurki. Pech chciał, że wkłucie Zosi nie wytrzymało poobiednich wygłupów, akurat po tych naleśnikach... Skutek - cukier 360 i pierwsza korekta z pena. Po godzinie - cukier 442 - druga korekta z pena. W ciągu kolejnej godziny - coś drgnęło, więc jeszcze baza B 200% i dodatkowa korekta już na nowym wkłuciu. W sumie - walka od 16 do 23. O 23:15 nasza głodna słodka zjadła w końcu kolację z cukrem 200 i pion w dół.
Ta sytuacja - dziś wydaje mi się błaha i "zwyczajna", ale wtedy - przy cukrze 442 - mocno wstrząsnęła moim - niby już poukładanym i oswojonym - cukrowym światem. Dopadł mnie kryzys, zwątpienie i łzy. Morze łez. Zosia wypłukiwała cukier insuliną i wodą, całkiem na spokojnie; a ja - łzami bezsilności, cała roztrzęsiona. Ale cukrzyca dziecka uczy powstawania z podniesioną głową.
Choćbyś nie wiem jak był pogodzony z ct1 Twojego dziecka - ona prędzej czy później rzuci Cię na kolana. Ale równie szybko "cukrowa kontrola normalnego życia" każe Ci wstać, otrzepać kolana, otrzeć łzy i zacząć od nowa. Tak po prostu. Z uśmiechem, spokojem i zdrowym dystansem do wybryków tej zołzy.
A Zosia? ... Ostatnio Ania opowiedziała jej o "czerwonym księżycu", wyczytała sporo na ten temat w internecie. Niestety wyczytała również, że przy tej okazji bardziej prawdopodobny jest koniec świata i - zgodnie ze swoją tchórzliwą naturą - wpadła w panikę. Ja na to - że przecież gdyby był w tym choć cień prawdy - siedziałybyśmy teraz w jakiejś kawiarence i jadłybyśmy ogromne lody waniliowe z gorącymi malinami... Reakcja Zosi mnie zadziwiła. Świadczy o zrozumieniu konsekwencji działań wynikających z życia z cukrzycą na co dzień. Moja mała słodka chlapnęła: "Zjadłabym wtedy bardzo dużo słodyczy bez insuliny". A po chwili dodała: "Nie. Jednak nie. Podałabym insulinę na te słodycze nawet, gdyby jutro miał być koniec świata".
A jak wygląda obiad u babci? Wiadomo. Składa się z ulubionych przysmaków ukochanych wnuczek. Padło na... naleśniki z nutellą. Ok, pomyślałam. Nastawię się na 4 korekty, jakoś to będzie. Niestety, zołza ct1 wystawiła pazurki. Pech chciał, że wkłucie Zosi nie wytrzymało poobiednich wygłupów, akurat po tych naleśnikach... Skutek - cukier 360 i pierwsza korekta z pena. Po godzinie - cukier 442 - druga korekta z pena. W ciągu kolejnej godziny - coś drgnęło, więc jeszcze baza B 200% i dodatkowa korekta już na nowym wkłuciu. W sumie - walka od 16 do 23. O 23:15 nasza głodna słodka zjadła w końcu kolację z cukrem 200 i pion w dół.
Ta sytuacja - dziś wydaje mi się błaha i "zwyczajna", ale wtedy - przy cukrze 442 - mocno wstrząsnęła moim - niby już poukładanym i oswojonym - cukrowym światem. Dopadł mnie kryzys, zwątpienie i łzy. Morze łez. Zosia wypłukiwała cukier insuliną i wodą, całkiem na spokojnie; a ja - łzami bezsilności, cała roztrzęsiona. Ale cukrzyca dziecka uczy powstawania z podniesioną głową.
Choćbyś nie wiem jak był pogodzony z ct1 Twojego dziecka - ona prędzej czy później rzuci Cię na kolana. Ale równie szybko "cukrowa kontrola normalnego życia" każe Ci wstać, otrzepać kolana, otrzeć łzy i zacząć od nowa. Tak po prostu. Z uśmiechem, spokojem i zdrowym dystansem do wybryków tej zołzy.
A Zosia? ... Ostatnio Ania opowiedziała jej o "czerwonym księżycu", wyczytała sporo na ten temat w internecie. Niestety wyczytała również, że przy tej okazji bardziej prawdopodobny jest koniec świata i - zgodnie ze swoją tchórzliwą naturą - wpadła w panikę. Ja na to - że przecież gdyby był w tym choć cień prawdy - siedziałybyśmy teraz w jakiejś kawiarence i jadłybyśmy ogromne lody waniliowe z gorącymi malinami... Reakcja Zosi mnie zadziwiła. Świadczy o zrozumieniu konsekwencji działań wynikających z życia z cukrzycą na co dzień. Moja mała słodka chlapnęła: "Zjadłabym wtedy bardzo dużo słodyczy bez insuliny". A po chwili dodała: "Nie. Jednak nie. Podałabym insulinę na te słodycze nawet, gdyby jutro miał być koniec świata".
piątek, 19 stycznia 2018
"Nienawidzę Cię głupia idiotko..." - czyli jak odróżnić objaw choroby od wredoty wrodzonej
Od dwóch dni Zosia smarka i kaszle - kolejny wirus, normalka, zero zaskoczenia.
Najpierw - skaczą cukry. Po posiłku - 215, potem - leci na łeb na szyję do 60 (mimo dosładzania). Jak to wpływa na emocje Zosi? Fatalnie. Złość, krzyki, wrzaski, irytacja, zero kontroli. Książkowe objawy hipoglikemii. "Nie będę tego jadła ty głupia idiotko", "wyprowadzam się, nienawidzę Was", do tego rzucanie, trzaskanie, bicie... Gdy cukier się stabilizuje - "przepraszam kochana mamusiu, byłam bardzo niegrzeczna, wybaczysz mi?" I burza w mojej głowie - jak zareagować, czy zwrócić uwagę, czy okrzyczeć, czy ukarać, o Boże - byleby się nie dać wyprowadzić z równowagi - nagle ucicha, robię to, co każda kochająca mama w tej sytuacji - wybaczam i przytulam ze szklistymi oczami... (Oczywiście najlepsza wypracowana metoda działania w opisanej sytuacji - dosłodzić i olać, i tak żaden przekaz przez taką złość nie ma szans się przebić... Rozmowa - ewentualnie po, lub przy najbliższej okazji. Ale z racji tego, że jestem tylko niewyspanym człowiekiem, bywa różnie...).
Potem - wielkie niezbijalne góry... Wczoraj - 21:00 - 2 godziny po kolacji - cukier 191 - korekta pierwsza, zmiana bazy na B +200% na 2 godziny. 23:00 - cukier 252 - korekta druga, sprawdzenie wkłucia i drenu. 1:00 - cukier 310 - dajemy wkłuciu ostatnią szansę, ponieważ jest założone rano i działało dobrze - korekta trzecia. Zaskoczyło. Po drugiej idziemy spać, cukier 190 i w dół, biednej Zosi w nosku trzeszczy i szeleści... Co na to emocje? Rano wstaje niewyspana, zasmarkana, gderająca, niecierpliwa złośnica z kategorii "bo ja chcę". Oczywiście zostajemy w domu, a ja prowadzę walkę "na uniki". Czasem się udaje :-) Ale cóż... Też jestem niewyspana. Na szczęście po śniadaniu, na wersaleczce, przy ulubionej bajeczce - wredota nabyta powoli ustępuje miejsca wredocie wrodzonej... Czyli wraca zwykła, nierozhuśtana cukrowo Zosia; której można powiedzieć, że zachowała się źle, czasem krzyknąć, ukarać - być konsekwentnym. (Oczywiście nagrodzić i pochwalić również, lub jakiś drobiazg obrócić w żart...).
A sytuacje stresujące towarzyszące słodkim na co dzień? Zakładanie sensora (raz na 2 tygodnie), zakładanie wkłucia (raz na 3 dni), nakłuwanie broniących się zrogowaciałym naskórkiem paluszków (5 -10 razy na dobę), myśli dlaczego to ja zachorowałam... Czy 7 letnia dziewczynka musi umieć sobie radzić z tyloma negatywnymi emocjami? Zmiana wkłucia i sensora to zawsze jest stres - Zosia wtula się we mnie, przymyka oczka i czeka z grymasem bólu na buźce na nieuniknione - w tym wszystkim będąc mega dzielną. Czy możemy oczekiwać, że to "spłynie po niej, jak po kaczce"? Oczywiście - jako rodzice cukiereczka - musimy ją uczyć radzić sobie z tymi emocjami. Ale teraz - jako mała dziewczynka - ma prawo sobie z nimi nie radzić, i czasem w różnych - wydawałoby się zwykłych sytuacjach - przelewa się czara goryczy i mój emocjonalny słodki wulkan wybucha z ogromną siłą. I wtedy - kryj się kto może, trzeba to przeczekać. Czas na rozmowy przychodzi później.
I jak w tym wszystkim nie pozwolić na za dużo? Tak niestety to czasami wygląda z zewnątrz... Czasem Ania - nasza starsza niesłodka ma z tym problem. Bo Zosi więcej wolno, bo mi się częściej obrywa... Ale staramy się traktować obie córki "tak samo", odpowiednio do wieku oczywiście... I dużo, dużo rozmawiamy.
Kiedyś usłyszałam od kogoś: "Dlaczego nie zareagowaliście, jak Zosia tak krzyczała? Na za dużo jej pozwalacie, dziewczynka w jej wieku nie powinna się tak denerwować" (a wtedy cukier w pół godziny spadł z ponad 200 do prawie 70). I wtedy - narodził się pomysł na ten wpis. To była moja odpowiedź. Plus uwaga, że zaprowadzenie wrzeszczącego dziecka (dosłodzonego oczywiście) do pokoju i zamknięcie za nim drzwi - to była reakcja, a nie jej brak...
Z drugiej strony - Zosia to bardzo świadoma swojej choroby, mądra, grzeczna, poukładana i samodzielna mała dziewczynka. Nic nie weźmie do ust bez pytania. Melduje o każdej okruszynce, która spadnie na podłogę, czy nie musi dostać czegoś na wymianę. Nie potrafi jeszcze tylko zmienić wkłucia, liczyć kalorii i ustawiać bolusów złożonych i wydłużonych (proste podaje sama). Podchodząca do słodkiego rygoru poważnie do bólu, raz gdy ją odbierałam ze szkoły (spędziła tam 6 godzin) powiedziała: "Mamusiu nie wypiłam dziś wody, bo na butelce jest taki zielony obrazek; bałam się, że jest jabłkowa"...
Najpierw - skaczą cukry. Po posiłku - 215, potem - leci na łeb na szyję do 60 (mimo dosładzania). Jak to wpływa na emocje Zosi? Fatalnie. Złość, krzyki, wrzaski, irytacja, zero kontroli. Książkowe objawy hipoglikemii. "Nie będę tego jadła ty głupia idiotko", "wyprowadzam się, nienawidzę Was", do tego rzucanie, trzaskanie, bicie... Gdy cukier się stabilizuje - "przepraszam kochana mamusiu, byłam bardzo niegrzeczna, wybaczysz mi?" I burza w mojej głowie - jak zareagować, czy zwrócić uwagę, czy okrzyczeć, czy ukarać, o Boże - byleby się nie dać wyprowadzić z równowagi - nagle ucicha, robię to, co każda kochająca mama w tej sytuacji - wybaczam i przytulam ze szklistymi oczami... (Oczywiście najlepsza wypracowana metoda działania w opisanej sytuacji - dosłodzić i olać, i tak żaden przekaz przez taką złość nie ma szans się przebić... Rozmowa - ewentualnie po, lub przy najbliższej okazji. Ale z racji tego, że jestem tylko niewyspanym człowiekiem, bywa różnie...).
Potem - wielkie niezbijalne góry... Wczoraj - 21:00 - 2 godziny po kolacji - cukier 191 - korekta pierwsza, zmiana bazy na B +200% na 2 godziny. 23:00 - cukier 252 - korekta druga, sprawdzenie wkłucia i drenu. 1:00 - cukier 310 - dajemy wkłuciu ostatnią szansę, ponieważ jest założone rano i działało dobrze - korekta trzecia. Zaskoczyło. Po drugiej idziemy spać, cukier 190 i w dół, biednej Zosi w nosku trzeszczy i szeleści... Co na to emocje? Rano wstaje niewyspana, zasmarkana, gderająca, niecierpliwa złośnica z kategorii "bo ja chcę". Oczywiście zostajemy w domu, a ja prowadzę walkę "na uniki". Czasem się udaje :-) Ale cóż... Też jestem niewyspana. Na szczęście po śniadaniu, na wersaleczce, przy ulubionej bajeczce - wredota nabyta powoli ustępuje miejsca wredocie wrodzonej... Czyli wraca zwykła, nierozhuśtana cukrowo Zosia; której można powiedzieć, że zachowała się źle, czasem krzyknąć, ukarać - być konsekwentnym. (Oczywiście nagrodzić i pochwalić również, lub jakiś drobiazg obrócić w żart...).
A sytuacje stresujące towarzyszące słodkim na co dzień? Zakładanie sensora (raz na 2 tygodnie), zakładanie wkłucia (raz na 3 dni), nakłuwanie broniących się zrogowaciałym naskórkiem paluszków (5 -10 razy na dobę), myśli dlaczego to ja zachorowałam... Czy 7 letnia dziewczynka musi umieć sobie radzić z tyloma negatywnymi emocjami? Zmiana wkłucia i sensora to zawsze jest stres - Zosia wtula się we mnie, przymyka oczka i czeka z grymasem bólu na buźce na nieuniknione - w tym wszystkim będąc mega dzielną. Czy możemy oczekiwać, że to "spłynie po niej, jak po kaczce"? Oczywiście - jako rodzice cukiereczka - musimy ją uczyć radzić sobie z tymi emocjami. Ale teraz - jako mała dziewczynka - ma prawo sobie z nimi nie radzić, i czasem w różnych - wydawałoby się zwykłych sytuacjach - przelewa się czara goryczy i mój emocjonalny słodki wulkan wybucha z ogromną siłą. I wtedy - kryj się kto może, trzeba to przeczekać. Czas na rozmowy przychodzi później.
I jak w tym wszystkim nie pozwolić na za dużo? Tak niestety to czasami wygląda z zewnątrz... Czasem Ania - nasza starsza niesłodka ma z tym problem. Bo Zosi więcej wolno, bo mi się częściej obrywa... Ale staramy się traktować obie córki "tak samo", odpowiednio do wieku oczywiście... I dużo, dużo rozmawiamy.
Kiedyś usłyszałam od kogoś: "Dlaczego nie zareagowaliście, jak Zosia tak krzyczała? Na za dużo jej pozwalacie, dziewczynka w jej wieku nie powinna się tak denerwować" (a wtedy cukier w pół godziny spadł z ponad 200 do prawie 70). I wtedy - narodził się pomysł na ten wpis. To była moja odpowiedź. Plus uwaga, że zaprowadzenie wrzeszczącego dziecka (dosłodzonego oczywiście) do pokoju i zamknięcie za nim drzwi - to była reakcja, a nie jej brak...
Z drugiej strony - Zosia to bardzo świadoma swojej choroby, mądra, grzeczna, poukładana i samodzielna mała dziewczynka. Nic nie weźmie do ust bez pytania. Melduje o każdej okruszynce, która spadnie na podłogę, czy nie musi dostać czegoś na wymianę. Nie potrafi jeszcze tylko zmienić wkłucia, liczyć kalorii i ustawiać bolusów złożonych i wydłużonych (proste podaje sama). Podchodząca do słodkiego rygoru poważnie do bólu, raz gdy ją odbierałam ze szkoły (spędziła tam 6 godzin) powiedziała: "Mamusiu nie wypiłam dziś wody, bo na butelce jest taki zielony obrazek; bałam się, że jest jabłkowa"...
wtorek, 26 grudnia 2017
Dzień czterech korekt
Dzień czterech korekt wypada jakieś 3 - 5 razy w ciągu roku. Jest to dzień, w którym po 17 Zosia ma "nieobliczalną wyżerkę". Wigilia - oczywiście tylko z punktu widzenia spożywania węglowodanów, bialek i tłuszczy - jest jednym z tych dni. Przechodziliśmy już te dni na penach, na pompie - z bolusami złożonymi, bazą 200%, dodatkowymi bolusami prostymi - ale zawsze, z powodu za dużej ilości spożytych tłuszczy po kolacji trzeba podać około 4 korekty co 2 godziny, zanim cukier wróci do normy. Czy to źle?
Na początku naszej słodkiej drogi odpowiedziałabym, że tak. Że dyscyplina musi być, skoro wiem, że łączenie pewnych produktów po 16 - 17 tak działa na Zosię, muszę je całkiem wyeliminować. Ale życie szybko pokazało mi, że jestem w błędzie. Gdy moje dziecko spojrzało na mnie w zeszłym roku przy Wigilijnym stole i ze łzami w oczach zapytało: Ale dlaczego nie mogę jeszcze jednej rybki mamusiu? Czemu ja nie mogę serniczka babci? Oczywiście odparłam szybko: ależ możesz kochanie i po jakimś czasie podałam kolejnego bolusa... Są takie chwile w życiu naszych pociech, których po prostu nie można im odebrać!!! Ceną za chorobę nie może być utrata dzieciństwa.
Na początku miałam z tym problem, miałam wyrzuty sumienia wprost proporcjonalne do góry cukrowej Zosi i doła tak rozsądkowo - opornego, jak insulino - oporny był jej cukier po zbyt dużej ilości tłuszczu. Po każdej korekcie modliłam się, żeby glikemia zaczęła zmierzać w kierunku obszaru docelowego, myśląc "Boże, mogłam coś zrobić inaczej, jak mogłam do tego dopuścić, itp..."
A dzisiaj? Nazywam to wysokim cukrem kontrolowanym. Wiem, że się pojawi, więc przygotowuję się jak najlepiej - odpowiednia baza, odpowiedni bolus - i szybka reakcja co 2 godziny. I oczywiście dużo płynów podczas posiłku. Tyle. Zero emocji. Zosia ma prawo te kilka chwil w roku zapomnieć o chorobie, o planowaniu każdego kęsa i skupić się na zupełnie czymś innym. Na wspólnym świętowaniu i dziecięcej radości nie zakłóconej zdaniami i tak wpisanymi na stałe w jej codzienność: "zjedz najpierw trochę białek i tłuszczy, potem ten banan", "nie możesz sobie dołożyć miodu, masz tyle, ile policzyłam", "musisz zostawić tą czekoladkę na jutro, wiesz że jeśli ją zjesz do kolacji, to Cię wybije", "jedz szybciej tą kaszę, bo lecisz na łeb na szyję" itd...
Tak więc, zgodnie z tradycją - 24 grudnia 2017 roku miał miejsce w naszej rodzinie dzień czterech korekt. Co za tym idzie - miała miejsce również noc cyklicznych dwugodzinnych snów mamy i taty. Czy to duża cena za głęboko, rodzinnie i radośnie przeżyte Święta?
Patrzę na uśmiech na buzi Zosi śpiącej w ukochanej koszulce od Aniołka, z którą nie chciała się rozstać, mimo kilku plam z czekolady - i wiem, że nie...
Na początku naszej słodkiej drogi odpowiedziałabym, że tak. Że dyscyplina musi być, skoro wiem, że łączenie pewnych produktów po 16 - 17 tak działa na Zosię, muszę je całkiem wyeliminować. Ale życie szybko pokazało mi, że jestem w błędzie. Gdy moje dziecko spojrzało na mnie w zeszłym roku przy Wigilijnym stole i ze łzami w oczach zapytało: Ale dlaczego nie mogę jeszcze jednej rybki mamusiu? Czemu ja nie mogę serniczka babci? Oczywiście odparłam szybko: ależ możesz kochanie i po jakimś czasie podałam kolejnego bolusa... Są takie chwile w życiu naszych pociech, których po prostu nie można im odebrać!!! Ceną za chorobę nie może być utrata dzieciństwa.
Na początku miałam z tym problem, miałam wyrzuty sumienia wprost proporcjonalne do góry cukrowej Zosi i doła tak rozsądkowo - opornego, jak insulino - oporny był jej cukier po zbyt dużej ilości tłuszczu. Po każdej korekcie modliłam się, żeby glikemia zaczęła zmierzać w kierunku obszaru docelowego, myśląc "Boże, mogłam coś zrobić inaczej, jak mogłam do tego dopuścić, itp..."
A dzisiaj? Nazywam to wysokim cukrem kontrolowanym. Wiem, że się pojawi, więc przygotowuję się jak najlepiej - odpowiednia baza, odpowiedni bolus - i szybka reakcja co 2 godziny. I oczywiście dużo płynów podczas posiłku. Tyle. Zero emocji. Zosia ma prawo te kilka chwil w roku zapomnieć o chorobie, o planowaniu każdego kęsa i skupić się na zupełnie czymś innym. Na wspólnym świętowaniu i dziecięcej radości nie zakłóconej zdaniami i tak wpisanymi na stałe w jej codzienność: "zjedz najpierw trochę białek i tłuszczy, potem ten banan", "nie możesz sobie dołożyć miodu, masz tyle, ile policzyłam", "musisz zostawić tą czekoladkę na jutro, wiesz że jeśli ją zjesz do kolacji, to Cię wybije", "jedz szybciej tą kaszę, bo lecisz na łeb na szyję" itd...
Tak więc, zgodnie z tradycją - 24 grudnia 2017 roku miał miejsce w naszej rodzinie dzień czterech korekt. Co za tym idzie - miała miejsce również noc cyklicznych dwugodzinnych snów mamy i taty. Czy to duża cena za głęboko, rodzinnie i radośnie przeżyte Święta?
Patrzę na uśmiech na buzi Zosi śpiącej w ukochanej koszulce od Aniołka, z którą nie chciała się rozstać, mimo kilku plam z czekolady - i wiem, że nie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)